Karta pracy 011
Legenda o wawelskim smoku.
W zamierzchłych czasach, gdy na brzegach
Wisły szumiał jeszcze gęsty b—r, a woda w rzece była tak
czysta, że gołym okiem widać w niej było ławice ryb,
na Wzg—rzu Wawelskim wznosił się warowny gr—d księcia Kraka.
Był to władca mądry i łaskawy. Jego poddani, plemię
Wiślan, wiedli dostatni żywot wśr—d żyżnych p—l i
szumiących łąk, wolni od wojen i większych trosk. Dni
mijały im na spokojnej pracy, kt—ra przynosiła obfite owoce.
Chłopi zwozili do spichlerzy wozy pełne zboża, pasterze wypasali
stada owiec i kr—w, a drwale wznosili piękne chaty z drewna, kt—rego
dostarczały nieprzebyte lasy. W święta wdzięczny lud
bawił się i radował, dziękując swojemu księciu za
opiekę, jaką ten otaczał wszystkich bez wyjątku. Ani
najmniejszym dzieciom, ani najstarszym starcom w całej krainie niczego nie
brakowało do szczęścia.
Pewnego sądnego dnia w spokojnym dotąd
księstwie zagościł jednak strach, kt—ry zmroził serca nawet
najmężniejszych woj—w. Oto bowiem potw—r, wielki jak kościelna
dzwonnica, ziejąc żywym ogniem nadleciał nad wzg—rze i
zamieszkał w skalnej jamie pod samym Wawelem. Gdy wzbijał się w
powietrze, cień jego skrzydeł padał na cały gr—d, a ryk
przerażający bardziej niż grzmot piorun—w odbijał się
echem po lasach. Gdy kroczył po ziemi, zostawiał na niej ślady
tak wielkie, że dziesięciu ludzi nie mogło ich otoczyć,
trzymając się za ręce. Całe cielsko bestii pokrywała
łuska twardsza niż najtwardsza zbroja, a łeb ogromny jak
drabiniasty w—z wieńczyła para rog—w. Wkr—tce stało się
jasne, że bestia zrobiła się głodna, bo z pastwisk
każdego dnia zaczęły ginąć zwierzęta. A
kt—regoś ranka stała się rzecz tak straszna, że
Wiślanie do reszty stracili nadzieję na normalne życie po
rządami smoka. Potw—r porwał do swojej jamy parę młodych
pasterzy.
Ludzie pochowali się po domach, pozamykali
drzwi i okiennice. Nikt już nie miał odwagi wyjść w pole
ani podr—żować gościńcem. Jednak na trzeci dzień, nie
zważając na niebezpieczeństwo, najstarsi z plemienia postanowili
iść na zamek i szukać ratunku u Kraka.
– Ratuj nas dobry panie, bo smok czyha na
nasz dobytek i życie naszych dzieci! – zawołali stając
przed obliczem władcy.
Krak wysłuchał cierpliwie tej skargi i
zatroskał się losem swoich poddanych. I jego od dawna
trwożyły postępki smoka, ale jak wszyscy miał
nadzieję, że gadzina naje się owiec do syta i odleci, skąd
przyleciała. Po tym, co usłyszał, nie m—gł już
dłużej pozostawać bezczynny.
– Ogłoszę wśr—d całego
rycerstwa, że oddam połowę kr—lestwa i młodszą
c—rkę za żonę śmiałkowi, kt—ry pokona potwora!
Wieść o smoku lotem błyskawicy
rozeszła się po okolicznych księstwach. Zewsząd
zaczęli ściągać rycerze słynący ze swego
męstwa, by zmierzyć się z bestią, kt—ra jednym uderzeniem
ogona potrafiła powalić stuletni dąb. Jeden po drugim uzbrojeni
młodzieńcy stawali na progu jaskini i wyzywali potwora na pojedynek.
I jeden po drugim ginęli w jego paszczy, nie zdążywszy nawet
dobyć miecza ani złożyć się do strzału z
łuku. Ci nieliczni, kt—rzy pozostali przy życiu, ustępowali pola
i w niesławie wracali do swoich dom—w. Widząc to wszystko, Krak postanowił,
że sam stanie oko w oko ze smokiem. Przywdział najmocniejszą
zbroję, dosiadł najlepszego rumaka i ruszył pod Wawel. Kiedy
jednak bestia dostrzegła konnego, zionęła ogniem tak strasznym,
że giermkowie księcia z największym trudem i w ostatniej chwili
zdołali uratować mu życie.
Czarna rozpacz ogarnęła wszystkich bez
wyjątku, znikąd już nie było ratunku. Aż tu nagle zza
plec—w rycerzy wyszedł szewczyk, zwany Dratewką i przem—wił
śmiało do Kraka.
– Książę, ja wiem, jak
pokonać smoka! Daj mi tylko najpiękniejszą sk—rę z
największego barana, jakiego znajdziesz w swojej książęcej
zagrodzie.
Zdziwił się na te słowa Krak, ale
spodobała mu się stanowczość Dratewki. Kazał więc
swoim sługom wyprawić baranią sk—rę i dać ją
szewczykowi. Ten zaś zeszył ją mocno dratwą,
napełnił smołą i piekącą siarką, a na koniec
wetknął w nią cztery osikowe kołki, tak że wypchana
znowu przypominała żywego barana. Przed wschodem słońca
zakradł się szewczyk pod Wawel i postawił barana przed
wejściem do smoczej jamy. Sam schował się za wielkim głazem
i cierpliwie czekał.
Kiedy smok się obudził i wylazł ze
swojej jaskini, od razu ujrzał tłustego barana. Zadowolony
kłapnął paszczą i połknął zdobycz na jeden
raz. Ale gdy tylko posiłek znalazł się w jego
żołądku, potw—r zaryczał na całe gardło, aż
liście pospadały z drzew. Piekielny ogień z siarki i smoły
zaczął mu palić wnętrzności. Bestia dopadła rzeki
i zanurzyła łeb w wodzie. Pożar jednak nie dał się
ugasić, więc smok pił i pił, a brzuch r—sł i
r—sł, aż w końcu wydął się jak wielki balon i
pękł z hukiem na tysiąc kawałk—w!
Mieszkańcy grodu zbiegli się na brzeg
Wisły, by na własne oczy zobaczyć szczątki potwora.
– Wiwat szewczyk Dratewka! Wiwat
książę Krak! – śpiewali i tańczyli wok—ł
swojego wybawcy.
Dratewka odm—wił przyjęcia połowy
kr—lestwa i ręki księżniczki, bo był jeszcze za młody
i nie zamierzał się żenić. Poprosił za to o sk—rę
smoka, by uszyć z niej na pamiątkę buty dla wszystkich
mieszkańc—w Krakowa.